son g

20.10.2015

XVI Winna

„Frey, proszę Cię zjedz coś”
„Spójrz na mnie”
„Frey, porozmawiaj ze mną”
„Martwię się o ciebie”
„Frey, proszę!”
„Zabiorę Cię do domu. Ziemia nie jest bezpieczna”
„Kocham Cię”
„Frey, musisz przestać. To zaczyna wymykać się spod kontroli”
„Znajdziemy tego kto to zrobił”

Mój wzrok nieśpiesznie powędrował w stronę okna. Co chwilę przez pokój przechodziły nowe osoby, starając się na mnie wpłynąć. Przestałam na nie zwracać uwagę. Deszcz za oknem działał na mnie kojąco. Gdzieś w głębi wiedziałam, że to co robię jest złe, że powinnam przestać. Jednak nie panowałam już nad tym.
Od śmierci Natalie mięło kilka, naprawdę długich dni a deszcz wciąż padał. Co rusz niebo przecinała także błyskawica, ale to była sprawka Thora, którego wykańczała bezczynność. Spojrzałam na swoje dłonie, które ściskały wełniany szal, który robiła dla mnie Natalie. Nawet tak drobny ruch zadał mi ból.
Odkąd wbiegłam do pokoju, po tym jak Thor wytłumaczył reszcie co oznacza napis na ścianie, nie ruszyłam się nawet o centymetr. Siedziałam bez ruchu, na łóżku, z zaciśniętymi na szalu dłońmi i wzrokiem utkwionym w pustkę. Nie spałam, nie jadłam, nie robiłam nic. Zaczynałam żałować, że moje moce powróciły. Jako człowiek, zapewne straciłabym już przytomność a to równałoby się chociaż chwili odpoczynku od bólu. A jednak on był i rósł jedynie na sile.
Nie widziałam jeszcze Geralda i nie chciałam go widzieć. Nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy. Bransolety na moim dłoniach świeciły słabym czerwono-różowym blaskiem.. Nie wiedziałam co to oznacza i czemu tak się dzieję, ale nie przejmowałam się tym. Gdy Thor to ujrzał, starał się je dotknąć by dowiedzieć się co się z nimi dzieje, te zaś poraziły go. Uznał, że to przez mój nastrój, ale ja wiedziałam że to coś więcej.
Czułam w sobie gniew i moc jakiej nie czułam nigdy wcześniej. Moje żył płonęły, zadając mi przyjemny ból. Zareagowałam dopiero, gdy usłyszałam głos Christine, która nie wiedząc kiedy pojawiła się w pokoju. Była ostatnią osobą jaką chciałam w tej chwili widzieć.
- Znaleźliśmy nóż, którym... od którego zginęła Natalie. - Utkwiłam wzrok w coraz bardziej nagrzanych bransoletach, które świeciły jeszcze jaśniej. - Znajdziemy tego, kto to zrobił. - Nie wytrzymałam, prychnęłam wstając z łóżka. Moje nogi zachwiały się, zdrętwiałe od ciągłego siedzenia. Usłyszałam jęk zdziwienia z ust blondynki, gdy wybiegłam z pokoju. Znajdą winnego? Ja byłam winna.
Jedyne co słyszałam schodząc na dół to głos Natalie, gdy robiła mi śniadanie, jej śmiech, gdy wieczorami we trójkę graliśmy w Scrabble, jej porady i zawsze podtrzymujące mnie na duchu słowa. „Zawsze ufaj wpierw swojemu sercu” - zakryłam z furią uszy, chcąc odgonić wszelkie związane z nią myśli. Niech to wszystko się już skończy!
Nie panując już nad swoim ciałem ani czynami, nie spostrzegłam nawet kiedy wybiegłam na zewnątrz. Dopiero słysząc za sobą głos Theo zatrzymałam się.
- Frey! - Odwróciłam się gwałtownie i nie zważając na gapiów stojących w drzwiach, podbiegłam do bruneta, wpijając swoje usta w jego. Pocałunek był krótki i brutalny, ale dla mnie trwał wieczność. Potrzebowałam tej odrobiny bliskości, na którą nie zasługiwałam.
- Tylko tobie ufam i potrzebuję byś i tym mi teraz zaufał. Wiem, że jestem winna śmierci Natalie, i że obawiacie się jak to może na mnie wpłynąć, ale w tej chwili potrzebuję byś pozwolił mi iść. Muszę to sama rozwiązać. - Theo pokiwał delikatnie głową na znak zgody. Jego ramiona nieoczekiwanie objęły mnie w szczelnym ale delikatnym uścisku.
- Uważaj na siebie. - wyszeptał wprost w moje włosy, ciężko oddychając. Czując jak moja pewność siebie zaczyna topnieć, odsunęłam się od niego i spoglądając ostatni raz w te pełne ciepła czekoladowe oczy, ruszyłam przed siebie. 
Całą drogę pokonałam pieszo, raz biegnąc a raz idąc. Dopóki nie ujrzałam przed sobą dobrze mi znanego motelu, sama do końca nie byłam pewna gdzie zmierzam. Co chciałam wskórać przychodząc tu. Wiadome było, że Erica tu nie ma. Jego mieszkanie też było puste.
- Czego szukasz, Frey? - Zapytałam sama siebie, mając cichą nadzieję, że ktoś mi odpowie. Zamiast tego jedynie ruszyłam do przodu, opierając się o klamkę. Moje serce uderzało nierównomiernie, a plecy co rusz oblewał zimny pot. Wiedziałam, że nie jest to jedynie spowodowane ostatnimi zdarzeniami, ani wizją możliwości spotkania się z Erickiem. Zaszły we mnie jakieś zmiany, których nie rozumiałam, i które mnie przerażały. Bransolety nie przestawały lśnić coraz wyraźniejszą purpurą a uczucie gorąca w żyłach wzrastało na sile.
Nacisnęłam z całej siły klamkę, czując jak metal pod mymi palcami wygina się. Jęknęłam, wchodząc do środka. Pokój był w takim samym stanie w jakim go zostawiłyśmy z Christine.
Wiedziałam jednak, że nie zrobiłam wtedy wszystkiego co w mojej mocy by odnaleźć jakieś ukryte wskazówki. Erick był czarodziejem, i to bardzo potężnym. Byłam głupia i nie uważna przeszukując to pomieszczenie jedynie w ludzki sposób. A może podświadomie nie ufałam Christine przez sprawę z Theo i nie chciałam by cokolwiek znalazła?
Wzięłam kilka głębszych oddechów, stając pośrodku pokoju i zamknęłam powoli oczy. Skupiłam się na wypełniającej me ciało mocy i powoli uniosłam powieki, patrząc na miejsce, w którym się znajdowałam w całkowicie inny sposób.
- Co ukrywasz Ericku? - Wyszeptałam rozglądając się powoli po pomieszczeniu. Mój wzrok spoczął na dziwnym iskrzeniu w kącie. Podeszłam tam powoli i uniosłam ku górze mój dawny pas, który bądź co bądź był prezentem od Ericka. Opanowałam drżenie ręki i zaciskając mocniej na nim palce, uniosłam bliżej twarzy. 

Asgard
Pałac Folkwang
Czasy wcześniejsze

- Frey! Frey! - Męski głos, echem roznosił się po marmurowych ścianach pałacu. Jego mocne kroki zdawały się rozbijać kamień, po którym stąpał. - Gdzieś się ukryła, o pani? - W jego głosie nie można było wyczuć gniewu, czy ten zniecierpliwienia a jedynie rozbawienie. Gdzieś w oddali echem rozniósł się dziewczęcy śmiech, który niczym najpiękniejsza w dziewięciu królestwach symfonia, otulił uszy chłopaka. Przyśpieszył on kroku, wręcz biegnąc pomiędzy białymi sklepieniami. 
Gdy wbiegał w kolejny korytarz, ujrzał kątem oka miodowy lok, który swoją piękną złotą barwą zniknął za rogiem. Roześmiany i zafascynowany swoją towarzyszką, podążył jej krokiem.
  - Tutaj Ericku! - Jej delikatny niczym elfi śpiew głos, dobiegł do jego uszu w tym samym momencie gdy i ją ujrzał. Oboje roześmiani zbliżyli się do stojącej pośrodku olbrzymiego pomieszczenia fontanny.
Dziewczyna figlarnie zdjęła z głowy bogato zdobiony diadem, pozwalając rudym lokom opaść na ramiona. Nadal się śmiejąc podwinęła długą suknie i siadając na krawędzi fontanny opuściła zmęczone stopy do wody. Nie czekając ani chwili dłużej chłopak poczynił to samo, siadając zaraz obok swojej towarzyszki. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Była taka piękna gdy się śmiała. 
Jej zielone niczym trawy Idawall oczy, błyszczały bardziej niż jakikolwiek znany mu klejnot a czerwone niczym sama krew usta, tak pełne i dorodne niczym maliny, kusiły go na każdym kroku, prosząc się by ukraść pocałunek. Jej włosy niczym lejący się miód w odcieniach zachodzącego słońca z przeplatającymi się złotymi barwami, roznosiły za sobą cudowny zapach, którym tylko ona sama mogła pachnieć. Zaciągnął się tym bogactwem, nie mogąc pominąć jej nieskazitelnej skóry. W swoim młodym życiu widział niejedno dziecko i żadne z nich nie posiadało skóry tak czystej i tak miękkiej jak jej. Czy brzmiał jak ktoś zakochany? Na pewno. Bowiem kochał tą dziewczynę cała swoją duszą i całym sercem. A świadomość, że nie może być jego dodawała jedynie oliwy do ognia. 
- Jesteś dzisiaj niebywale milczący, mój drogi. - Frey przysunęła się jeszcze bliżej chłopaka i by zwrócić na siebie jego uwagę musnęła delikatnie jego policzek ustami. Nie wiedziała, że to właśnie ona jedyna zaprząta mu myśli.
Pobudzony tą odrobiną czułości, dziękował Starym Bogom za to iż jego nogi znajdują się w zimnej wodzie. Uśmiechnął się do niej, nie mogąc nadal pojąć jak ktoś taki jak ona: księżniczka i bogini, mogła spojrzeć na kogoś takiego jak on: wyrzutka i imigranta.
- Mam coś dla Ciebie, pani mego serca. - Wyciągnął w jej stronę zaciśniętą pięść i powoli, podsycając jej ciekawość rozchylił palce.
- Nic tu nie ma. - Rudowłosa wydęła usta w niezadowoleniu, patrząc na niego z wyrzutem. Miała rację, dłoń chłopaka była pusta. Ten jednak zaśmiał się jedynie, nie opuszczając ręki.
- To magia, księżniczko. Wystarczy jedno twoje dmuchnięcie a będziesz wstanie ujrzeć wszystko to co ukryte. - Podekscytowana, zbliżyła się ku dłoni chłopaka, i z zamkniętymi oczami najdelikatniej jak umiała, wypuściła powoli powietrze z ust. Gdy ponownie otworzyła oczy, ujrzała przed nimi kamyk. Przezroczysty, w kształcie kuli, kamyk mieniący się barwami Bifrostu, spoczywał na dłoni Ericka.
- Jak żeś to uczynił? - Zapytała biorąc delikatnie w palce prezent.
- Czary. Niech to będzie nasza sztuczka. Coś co na zawsze będzie nas łączyć.



Little Falls
Czasy współczesne

 
Przymknęłam powoli powieki i tak jak za dawnych czasów, powoli wypuszczając z ust powietrze, dmuchnęłam w stronę pasa. Tak jak się spodziewałam po otworzeniu oczu, przed nimi ukazał się wciśnięty za jeden z rzemyków list. Wyciągnęłam go powoli i siadając na łóżku, obróciłam szukając siły by móc go przeczytać.
Przeklęłam siebie w myślach za tchórzostwo i otworzyłam go. Przypatrywałam się koślawym runom, które jednoznacznie wskazywały na to, że to Erick był autorem tego listu. Przyjacielem był złotym, ale charakter pisma od zawsze miał okropny.
Ponownie zgromiłam się w myślach za przyjazne myśli o nim i zaczęłam czytać.

 
Droga Frey,

nie wiem od czego mogę zacząć. Tak wiele się ostatnimi czasy wydarzyło, zbyt wiele.
Piszę ten list w pośpiechu, także wybacz jego chaotyczność i nieczytelność. Nie wiem ile czasu mi jeszcze zostało, ale chcę byś o wszystkim wiedziała. Byś wreszcie dowiedziała się kto tak naprawdę za tym stoi i dlaczego uczyniłem to co uczyniłem. 
 
Od początku chciałem jedynie byśmy byli na zawsze razem. Musisz mi uwierzyć na wszystkie świętości, że nie planowałem tego co nastąpiło. Jedynym moim zawinieniem jej miłość, którą darzę Cię bez pamiętnie, i którą będę Cię darzył do końca swych dni.
Wszystko zaczęło się, gdy Odyn zagroził moim wygnaniem a Ty - chcąc mnie chronić, odsunęłaś się ode mnie. Zrozumiałem wtedy, że będąc w Asgardzie nigdy nie będziemy szczęśliwi i właśnie wtedy nadeszło rozwiązanie.
Ona przyszła do mnie we śnie. Nie wiem skąd o nas wiedziała, ale zaproponowała rozwiązanie w tamtym momencie jedynie możliwe i tak piękne, że aż nieprawdopodobne.
Jedyne co miałem uczynić to sprawić by ojciec wygnał cię z Asgardu. Zadanie było trudne, a wręcz można by założyć, że nie możliwe. Każdy wiedział iż jesteś jego największym ze skarbów i przenigdy nie wypuścił by Cię z bezpiecznej klatki. Jednak nagrodą za to miało być nasze pojednanie i to było tego warte. Po wypełnieniu swoich punktów umowy, miała pomóc mi dostać się na Ziemie, inną drogą niż most – co było dla mnie jedynym rozwiązaniem.
W ramach zapłaty miałem jej dostarczyć Twój naszyjnik – ten o którym istnieniu nawet nie wiedziałem. Wtedy to też, wypełniłem pierwszy punkt diabelskiego paktu i sprowadziłem ogień. Przeklęty przez czeluście ogień, który sprawił iż ulubienica Starych Bogów i całego Asgardu została skazana na wygnanie.
Wybacz mi.
I wtedy wszystko się skomplikowało. Oczywiście dotrzymała swej obietnicy i sprowadziła mnie na Ziemie, ale na pewno nie po to byśmy mogli być razem. Zaczęłam dostrzegać luki w pamięci. Gdy wychodziłem by się z tobą spotkać, nagle budziłem się w obcym miejscu z dala od ciebie.
Wszystko przeszło miarę, gdy pewnego razu ocknąłem się w twojej sypialni, przy twoim łóżku, i za nic nie pamiętałem jak się tam znalazłem. Później było już tylko gorzej: pożar w twoje sypialni, zaatakowanie Cię. Byłem więźniem w swoim własnym ciele ….i wtedy zrozumiałem. Wiedziałem już z kim mam do czynienia...

Wzrokiem chłonęłam jeden symbol po drugim, nie mogąc uwierzyć w to co czytam. Jak to możliwe? Jak mogło mi to umknąć? Gdy mój wzrok spoczął na ostatniej, najważniejszej z run, poczułam jak dłonie bezwładnie opadają na me kolana a karta bezszelestnie opada na ziemie. Już wiedziałam kto był temu winien. Kto dopuścił się tych wszystkich okropności względem mnie i moich bliskich. Kto wykorzystywał Ericka. Czując jak ogień wewnątrz mnie trawi moje żyły, wstałam nie mogąc się doczekać aż to wszystko wreszcie się skończy. 

 Jestem, jestem ^^ Cierpię na dalszy brak weny - niestety. Jednak udało mi się dokończyć ten oto rozdział. O godzinie 21:27 - we wtorek - gdy jutro muszę wstać o 5 rano, jak zwykle na uczelnie :D suuuper. Dlatego też rozdział sprawdziłam jedynie raz. Przepraszam za wszelkie możliwe błędy.